Ostatnio często myślę o śmierci.
Śni mi się.
Czytam o niej.
Strasznie mi smutno, mimo tego, że w końcu dotarło do mnie, że właściwie nic do niego nie czułam.
Że to było tylko zachłyśnięcie się tą jego "innością".
Właściwie nie odzywamy się już do siebie.
Właściwie już się nie znamy.
Od tych, z którymi było mi fajnie coraz bardziej się oddalam.
Nie wychodzę na tym dobrze.
Znowu rośnie wokół mnie skorupka.
Pancerz.
Strasznie bym chciała, żeby w końcu ktoś zajął się tylko mną.
Od początku do końca.
Egoistyczne marzenia.
Bo nic nie może mi już wyjść.
Mimo tego, że jadę już na skraju.
Patrzę w lustro i nienawidzę siebie.
Słyszę swój głos i nienawidzę siebie.
Nie radzę sobie z sobą.
Nie rozumiem siebie.
Nie wiem czego chcę.
Oni mówią, że każdy umie kochać.
Tak twierdzą.
Czuję, że to bzdury.
Marzę o tym, żeby ktoś mnie potrącił.
Postrzelił.