Już nie brakuje mi powietrza.
Ciężkie chwile, trudno właściwie znaleźć miejsce dla siebie.
Jeszcze bardziej (ani tam, ani tu).
Znowu dzieje się tak, że świadomie uciekam z miejsca, w którym jest mi dobrze.
Do miejsca gdzie nie istnieję.
Gdzie nie pasuję.
I co to właściwie kogo obchodzi?
Nawet mnie samą mało.
On ma o 10 lat więcej niż ona.
Praktycznie się nie znają, nie wiedzą, że istnieją.
Ale ona tęskni tak bardzo, że możnaby pomyśleć...
Dalekooddomu,dalekoodludzi.
isamamimotłoku,któryjestprzecieżwszechobecny.
Wmawiam sobie właściwie, że nie daję rady. Bo gdyby tak przestać myśleć, rozczulać się nad sobą, nawet nie trzeba byłoby płakać.
Tylko wziąć się do roboty i nie wymagać za wiele.
Nie czekać na Księcia z Bajki (?)
Będzie ciężko, jak w końcu dotrze do mnie, że nie można spędzić życia pławiąc się w różowym lukrze na samym wierzchu muffinki.
Szkoda, kurde.
Tyle sie zmienia.
Nowy pokoj, nowe zachowania, nowy plastik w portfelu.
I On.
Chociaz od zawsze, to nowy co chwile.
Coraz wiecej osob jest dla mnie milych, a ja nie potrafie sobie z tym poradzic. Boje sie kazdego dnia. Kazdego oddechu w tym miejscu. Zaluje kazdego slowa. I gestu. Nie pasuje tam. Ani tu. Ani tym bardziej nie moge byc posrodku.
Z rodzicami tez nie tak. I z Pania O.
Dlaczego kiedys bylo tak latwo?
Dlaczego teraz zaczyna sie taka spirala?
Dlaczego nikt mnie nie ostrzegl, ze to tak nagle?
Dlaczego codziennie o godzinie X, ta straszna sila musi wyrywac mnie z Jego ramion, w ktorych jest mi cieplo, bezpiecznie i miekko?
Dlaczego, rzeczy, ktore nic dla mnie nie znacza uwaza sie za wazniejsze od tych chwil?
Dlaczego nie mozna zajac sie tym, co daje szczescie?
Dlaczego nikt nie chce pozwolic mi na to, czego najbardziej chce?
Mimo tego jak niewygodnie sie czuje na tym swiecie, w takim ukladzie, coraz wiecej, niedawno jeszcze daliekie osob, staje sie dla mnie coraz bardziej zyczliwe.
Pani P., ktora zawsze podniesie na duchu przed paskudnym sprawdzianem.
Pani S., ktora potrafi wytrzymac z kazdym moim nastrojem.
Pani M., ktora codziennie rozbawia mnie do lez i bolu brzucha.
Panie I., M. i M., ktore mnie nie oceniaja i zauwazaja tylko to, co we mnie mile.
Mimo tego caly czas jestem cyniczna intrygantka, jaka sie urodzilam.
I za moimi Pania L. i Pania M., ktore byly ze mna zawsze i nadal sa, tylko bardziej wirtualnie. I mimo to zzera mnie tsknota i zazdrosc o tych, ktorzy moga byc przy nich blisko, jak ja kiedys.
Nie chce juz rozwiazywac problemow.
Ani swoich, ani innych.
Gdyby nie to, ze naiwnie wierze, ze ta karuzela kiedys w koncu zwolni, to juz dawno strzelilabym sobie w glowe.
Ratunku.
Prosze...
I don’t have to shut myslef in this cage of me.
Och.
Jaka ona szczęśliwa.
Na mieście widać ją w czerwonym roadsterze.
Albo sportowym motocyklu.
Albo czarnym, gangsterskim mercedesie.
Słyszałeś?
Koło domu ma swój własny basen.
To najmłodsza córka Pani Doktor i Pana Doktora.
Ubrana w całkiem ładne szmatki.
Latem opalona, z błyszczącymi oczyma.
Z połamanymi paznokciami.
Wiecznie przytulana, kochana, doceniana.
Wiecznie najmłodsza, wiecznie...
Wiesz, że ona często płacze?
Po to tylko, by zaraz potem zacząć się śmiać.
Nikt nie uważa jej za egoistkę, choć tak naprawdę nią jest.
Ja ją znam.
Ja to wiem.
Och.
Ha- ha- ha.
Przecież tylu marzy o tym, żebym została w jednym miejscu dłużej niż chwilę.
Tylu marzy, żebym wydoroślała, pozbyła się tych wszystkich kapryśnych żądań.
Ale dlaczego mam to robić?
W końcu raz na jakiś czas lubię siebie samą.
Poza tym On zawsze przy mnie będzie.
Zawsze zrobi dla mnie to, o co go poproszę.
Mimo, że go ranię.
Przytuli, podwiezie, załatwi, zaczeka, pomoże, będzie, uwierzy, wysłucha, pochwali, pogłaszcze, rozśmieszy, zajmie, zorganizuje, zauważy, doceni...
Na swój cyniczny sposób pewnie jakoś go kocham.
Powinnam być taka szczęśliwa.
Powinnam śnić tylko o tym co już mam.
Ale taka już moja ludzka natura.
To mi zwyczajnie nie wystarcza.
Choć wcale nie jestem brzydka, czy głupia.
Przeciwnie.
I nawet czasem sobie o tym przypominam.
Zapominając jednocześnie.
Bo o czym tu pamiętać?
Kawałku płaskiego brzucha?
Czy wielkim pragnieniu bycia kochaną?
To tak banalne jak wschód Słońca codziennie rano, z czyjąś ręką w swojej.
"Jakoś to będzie"
Oczywiście, że nie chcę umrzeć.
Nic z tych rzeczy.
To takie małe wyjaśnienie.
On mnie denerwuje.
Właściwie rzadko już teraz ze sobą rozmawiamy.
Nauczyłam się go ignorować.
Nie podobają mi się takie zagrywki.
Umiem już nienawidzić w ludziach egocentryzmu.
I nie toleruję zakochania w sobie.
A Oni?
Oni mnie zawiedli.
Jednotorowym myśleniem.
Że wszystko jest czarne albo białe.
Poza tym?
Poza tym młyn, zapieprz, kompletny brak czasu, istne szaleństwo.
Wydaje mi się, że kogoś zyskałam.
ODzyskałam :).
Ostatnio często myślę o śmierci.
Śni mi się.
Czytam o niej.
Strasznie mi smutno, mimo tego, że w końcu dotarło do mnie, że właściwie nic do niego nie czułam.
Że to było tylko zachłyśnięcie się tą jego "innością".
Właściwie nie odzywamy się już do siebie.
Właściwie już się nie znamy.
Od tych, z którymi było mi fajnie coraz bardziej się oddalam.
Nie wychodzę na tym dobrze.
Znowu rośnie wokół mnie skorupka.
Pancerz.
Strasznie bym chciała, żeby w końcu ktoś zajął się tylko mną.
Od początku do końca.
Egoistyczne marzenia.
Bo nic nie może mi już wyjść.
Mimo tego, że jadę już na skraju.
Patrzę w lustro i nienawidzę siebie.
Słyszę swój głos i nienawidzę siebie.
Nie radzę sobie z sobą.
Nie rozumiem siebie.
Nie wiem czego chcę.
Oni mówią, że każdy umie kochać.
Tak twierdzą.
Czuję, że to bzdury.
Marzę o tym, żeby ktoś mnie potrącił.
Postrzelił.
Stało się w końcu.
To co wisiało nad nami od dłuższego czasu.
To, które nie dawało mi spać.
To, które przyprawiało mnie o mdłości, kiedy tylko pomyślałam, że tak może być.
Ale przecież wiedziałam, że nie może być inaczej.
Że tak właśnie MUSIAŁO być.
To takie przewidywalne jak happy end w komediach romantycznych.
Chociaż to wcale nie jest happy end.
A może właśnie powinnam się cieszyć?
Cieszyć?
Chyba oszalałam.
Z tego, że już nigdy nie będzie mnie nic boleć dlatego, że nie mogę ogarnąć tych emocji, które się przy nim rodzą?
Nonsens.
I on cały czas będzie myślał, że jest tak samo.
Bo po co mam go wyprowadzać z błędu?
Tak jest fajnie.
Tylko brutalnie.
Bez złudzeń.
Niewygodnie.
Bez żadnej asekuracji.
I boję się, że w końcu to powiem.
Że w końcu zacznę czuć.
Że w końcu się do tego przyznam.
A przecież nikt z Was tego nie chce.
Ja z resztą też nie.
Właściwie to niewiele się dzieje.
On i Ona.
Ja gdzieś z boku.
Nie jest mi jakoś szczególnie smutno.
Dobrze mi po prostu, kiedy mogę być z nim sam na sam.
Nie chcę, żeby to się jakoś specjalnie zmieniało.
Tak jest dobrze.
Ale wciąż przy jakiś smutnych piosenkach, myślę o jego dłoniach.
Wciąż tęsknię za jego zapachem.
Tak po prostu.
Links
czytuję.Past
2008Lay
Design by pani J. for Layout4you